Aleksandra Pogorzelska

Nie od razu widzisz swoje mistrzostwo.

Zakończyły się Igrzyska Olimpijskie w Rio 2016. Takie momenty skłaniają mnie do myślenia o mistrzach, których spotkałam w swoim życiu. Wiele lat temu poznałam Mistrza Olimpijskiego Roberta Korzeniowskiego, którego strategia działania była inspiracją do budowania mojej ścieżki kariery. Jak zatem czerpać naukę z jego doświadczenia, by osiągnąć swoje mistrzostwo?

Podczas warsztatów z psychologii biznesu na Uniwersytecie SWPS jeden ze studentów zapytał mnie, jak długa była moja ścieżka do osiągnięcia postawionych sobie celów. Cofnęłam się pamięcią do czasu, gdy miałam 17-18 lat. To wtedy zaczęłam analizować przyszłe konsekwencje swoich postanowień. Byłam już zawodniczką triathlonu z medalami Mistrzostw Polski. Wiedziałam, że chcę rozpocząć studia w Akademii Wychowania Fizycznego – być może zostanę trenerem sportowym. Czy wiedziałam, że zostanę psychologiem biznesu? Czy wiedziałam, że będę pracowała z Zarządami i właścicielami organizacji pomagając im w budowaniu wieloletnich strategii? – z pewnością nie 🙂 Powoli jednak budowałam obraz samej siebie oraz świata, w jakim będę chciała żyć.  Byłam przekonana o tym, że chcę robić w życiu rzeczy związane z moją pasją i tylko takie, które dadzą mi dużo wolności i przestrzeni. Na początek to było wystarczające.

W myśl wielu podręczników i strategii rozwoju osobistego, aby zdobyć mistrzostwo, już na samym początku musisz to ustalić ze sobą. Co to oznacza? Musisz określić priorytety. Musisz wiedzieć jak realizować swoją wizję, by dochodzić do osiągnięcia swojego celu. Musisz ruszyć z tzw. kopyta. Tak naprawdę nie zawsze jednak wiemy o co nam w życiu chodzi i dokąd dokładnie chcemy zmierzać. Wielu mistrzów, którym udało się osiągnąć sukces, na samym początku poszukiwało swojej drogi w zupełnej mgle. Prawdziwy mistrz wykluwał się z nich samych stopniowo. W swoich poszukiwaniach zaliczali kolejne etapy podróży życiowej, otrzymywali informacje zwrotne – dokonywali korekty swoich działań i dalej podążali swoją drogą. Po drodze z każdym dniem i nabytym doświadczeniem byli coraz bardziej pewni swego, zdobywali wprawę i nabywali nowych umiejętności. Dzięki temu ich obraz samych siebie zaczynał być coraz bardziej stabilny a pewność siebie wzrastała.

Chciałabym Was dziś zabrać w podróż przez karierę Mistrza Olimpijskiego w chodzie sportowym Roberta Korzeniowskiego. Chciałabym, żebyście zobaczyli, że rodzenie się mistrza trwa wiele lat i jest konsekwencją determinacji w dążeniu do celu, ale też uważności na lekcje życiowe jakie do nas przychodzą. Robert nazywał je punktami: „uwaga sprawdzam”. Pamiętam jak dziś Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie, które oglądaliśmy z rodzicami z zapartym tchem. Pamiętam też Atlantę, kiedy Korzeniowski został moim bohaterem już na zawsze – nie wiedziałam wówczas, że wiele lat później złączy nas wspólne działanie, a jego strategia stanie się dla mnie podstawą do rozkręcenia własnego biznesu.

Zapraszam Was w podróż Roberta od „piekła barcelońskiego” na Igrzyskach Olimpijskich w 1992 roku do zakończenia kariery z czwartym złotym medalem olimpijskim na wzgórzu Akropol w Atenach w 2004 roku.

„Mistrzostwo, to nie tylko akt zwycięstwa, ale cała droga” – powiedział na jednym z wykładów motywacyjnych Robert Korzeniowski. Faktycznie, kiedy oglądaliśmy minione Igrzyska Olimpijskie w Rio 2016 – często wraz z Wojtkiem analizowaliśmy, kto jest mistrzem, a kto tylko zwycięzcą danych zawodów. I choć medal olimpijski to szczyt marzeń i osiągnięć dla danego sportowca, Robert zawsze traktował mistrzostwo jako drogę, jako proces stawania się innym, lepszym człowiekiem. Sport był dla niego narzędziem do spełniania marzeń o podróżach i samorozwoju. Analizując ścieżkę życiową Roberta Korzeniowskiego miałam okazję obserwować jego rozwój na przestrzeni lat. Dziś przesłuchałam prowadzony przez niego wykład dla studentów moich studiów podyplomowych „Psychologia sportu” i po raz kolejny jestem zaskoczona jego ciagłym dojrzewaniem, ciągłym rozwojem jako człowieka, menedżera i dziś sportowca amatora. Od ostatnich igrzysk w Atenach, w których brał udział, minęło już 12 lat, a on wciąż wyciąga nowe, głębokie wnioski ze swojej kariery, przenosząc jej owoce do pracy w biznesie.

Robert mawiał: „Jeśli chcemy specjalnie żyć – np. podróżować –  musimy robić coś specjalnego”. Jak możemy to rozumieć? Spełnienie możemy osiągnąć przez realizację własnych pragnień. A jak było w przypadku Roberta? Jego marzenia zaczęły się już w dzieciństwie, kiedy tata czytał mu opowieści Juliusza Verne`a o podróżach dookoła świata. W taki sposób rodzą się marzenia, które zaczynają nas kształtować, budować wizje, wyznaczać nam drogi. Z radością obserwuję swoje dzieciaki, kiedy podróżujemy w różne miejsca. Widzę, jak zmieniają się w tym czasie – jak buduje się ich samoocena i poczucie własnej wartości. Wtedy też tworzą się ich wizje o kolejnych  podróżach i przekraczaniu tego, czego doświadczają dziś. Korzeniowski w doświadczeniach z dzieciństwa lokalizuje fundamenty swojego sukcesu. To czas, kiedy borykał się z chorobą, był wykluczony z zajęć w-f, zamknięto mu sekcję ukochanego judo i poszedł ten czas „przeczekać” do sekcji lekkiej atletyki. To był właśnie moment, kiedy zaczynał myśleć o niemożliwym do wykonania, a przeciwności tylko dodawały mu skrzydeł. Znów uśmiecham się myśląc o moim synu Kubie. Stawia on swoje pierwsze kroki w piłce nożnej (tak, tak, nie w ukochanym przez rodziców triathlonie) i widzi, że ma wiele do nadrobienia. Obserwujemy z Wojtkiem jego determinację, kiedy zjeżdża rowerem na dół do miasta na trening, a potem pod górę wraca – niby to tylko 4 km w jedną stronę, ale duch się hartuje :)Fj Nam jako rodzicom pozostaje go w tym wspierać. W sumie Robert Korzeniowski myślał na początku, że zostanie mistrzem w judo 🙂 , a dotarł w dosłownym tego słowa znaczeniu na mistrzowski Olimp kończąc karierę sportową w chodzie sportowym w 2004 roku w Atenach.

Barcelona 1992 rok

Te Igrzyska zostały przez Roberta nazwane: „piekłem barcelońskim”. Podczas nich zabrakło mu doświadczenia oraz zrozumienia, że igrzyskami rządzą inne reguły gry. Wspominając Igrzyska w Barcelonie często mówił, że to jeszcze nie był czas mistrza,  choć sezon startowy pokazał, że plasuje się już w czołówce światowej. Dyskwalifikacja na ostatnich 200 metrach do mety odcisnęła piętno na psychice Roberta, ale nie stracił on czasu i sił na pomstowanie na sędziów –  jako przyszły mistrz zaczął się zastanawiać, jak perfekcyjnie przygotować się do kolejnych startów. Zmienił otoczenie, bo nie potrzebował poklepywaczy krytykujących sędziego i warunki zewnętrzne. Potrzebował wiedzieć, jak się z tym zmierzyć: „musiałem zrobić korektę i to był początek myślenia o mistrzostwie” – wspomina Korzeniowski. Postanowił doskonalić technikę, nauczyć się radzić z presją i zrozumieć zasady walki sportowej rządzące peletonem. W Barcelonie Robert nie wiedział jeszcze do czego zmierza, jaka jest jego wizja przyszłości, nie przyporządkował działaniom konkretnych wartości. Czy i Ty nie masz czasami wrażenia, iż momentami Twoje działania nie mają konkretnego zakotwiczenia? Być może tak jak Korzeniowski w takich chwilach powinieneś być bardziej uważny i wykorzystać zastój, porażkę, brak perspektywy jako korektę dotychczasowego działania i poszukać w nim szansy. Taką szansę przyniosła Robertowi zmiana przepisów chodu sportowego w 1995 roku i to był czas zmiany, dzięki której on stał się numerem jeden wśród chodziarzy. Na bazie nowej zaakceptowanej zmiany zdobył brązowy medal Mistrzostw Europy, by na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie startować już jako faworyt.

W czasie między Barceloną a Atlantą Robert Korzeniowski zaczął kształtować w sobie postawy prawdziwego mistrza. Zrodził się w nim typ zwycięzcy – takiego  człowieka, który ma świadomość upływającego czasu podczas wyścigu, konieczności rozłożenia sił, by osiągnąć sukces na mecie. „Atlanta to już był ten czas, kiedy naprawdę bardzo wiele umiałem” – mówił Korzeniowski. Od samego początku Igrzysk w 1996 emanowała z niego aura gotowości, budował w sobie tzw. „świątynię zwycięzcy”. Co to takiego? To perfekcyjne przygotowanie się do startu poprzez wyuczone rytuały: od zachowań podczas codziennych czynności w przygotowaniu do startu, do procedur przedstartowych polegających na maksymalnej koncentracji na swojej strategii. Robert Korzeniowski często wspominał, iż w chwili „wykluwania się w nim bohatera” na te konkretne Igrzyska stawał się już kimś innym, niż zawodnikiem na treningu, który wykonywał swoje zadania – musiał zrobić coś innego, coś nadzwyczajnego. W psychologii sportu mówimy wówczas o wchodzeniu w fazę super koncentracji, stworzeniu wokół siebie swojego własnego „startowego świata”, lub staniu się „centrum działań”. To czas, gdy skupiamy się tylko na sobie, gdy liczymy się tylko my sami, nasz cel, a wszystko jest podporządkowane temu jednemu startowi. Wtedy w Atlancie już wiedział, że aby stać się mistrzem, musi wziąć odpowiedzialność za siebie i za swój start. Fakt, że Robert zdobył złoty medal, zaskoczył wszystkich, ale nie zaskoczył jego – on był już na to gotowy. Czekał na siebie już na mecie – zanim jeszcze wyruszył w olimpijski wyścig. Po wygranych Igrzyskach w Atlancie musiał się poważnie zastanowić, czy jest już mistrzem? Pamiętał jednak o swoich porażkach i korektach, jakie pojawiały się w przeszłości i jak prawdziwy mistrz wiedział, że to, co zrobił do tej pory, nigdy nie będzie jedynym czynnikiem, który pozwoli mu wygrać w przyszłości.

Przed kolejnymi Igrzyskami w Sydney w 2000 roku, zapisał już sobie mistrzowskie cele: zdobyć złoty medal – postanowił, że wyjdzie pierwszy ze stadionu i pierwszy na niego wróci. Często psychologowie sportu zastanawiają się, czy mistrzowskie cele powinniśmy formułować jak Adam Małysz, który mówił przed startem, iż musi oddać dwa dobre skoki, czy jak Robert Korzeniowski, że zdobędzie złoty medal. Korzeniowski często podkreślał, że jeśli wiesz, że stać Cię na wzięcie wszystkiego, to dla niego mówienie, że zdobędziesz jakiś medal – było stwarzaniem sobie w głowie sztucznego bezpieczenstwa by w razie ewentualnej porażki mieć dla siebie i innych wytłumaczenie. W pierwszym wyścigu na 20 kilometrów zdobył złoty medal olimpijski i wówczas musiał się bardzo dokładnie zastanowić, co zrobić pomiędzy jednym startem a kolejnym na 50 kilometrów, gdzie był także faworytem. I tu pojawia się taktyka, o której często zapominamy w życiu codziennym: celabracja sukcesu. Robert musiał sam siebie nagrodzić za zdobyty medal. Jak to zrobił? Spędził czas z przyjaciółmi, na dobrym jedzeniu i winie. Kolejny dzień to pobudka i zamknięcie etapu Mistrza Olimpijskiego na 20 kilometrów i otwarcie nowego rozdziału bycia tylko pretendentem do złotego medalu na 50 kilometrów. Ilu sportowców pomyślałoby sobie: mam już złoty medal, to mi w zuspełności wystarczy – ale nie Robert, on przyjechał do Australii po dwa złote medale. W życiu codziennym zdarza się nam, że kiedy osiągniemy już pewien poziom np. umiejętności, uznajemy to za wystarczające i przestajemy się uczyć. Włączamy autopilota i napotykamy jedną z najpowszechniejszych barier rozwoju: ”dobrze jest, jak jest”. Ale jeśli spełnione życie polega na ciągłym uczeniu się i w myśl słów mistrza judo: „nasza droga jako uczniów nigdy się nie kończy”, wówczas wstajemy z kanapy i ruszamy po nasz drugi, trzeci lub czwarty złoty medal. Korzeniowski zrobił po starcie na 20 kilometrów strategiczny krok –  zmienił otoczenie i zaczął, jak mawia: „rodzić się na nowo do kolejnego startu”. W Sydney osiągnął wszystko co możliwe dla chodziarza, ale wciąż nie myślał o zakończeniu kariery. Dzięki doświadczeniu coraz lepiej panował nad czasoprzestrzenią oraz dominował mentalnie nad swoimi rywalami. Zawsze powtarzał, że szacunek do rywali wyniósł z domu. Dzięki możliwości rywalizowania z nimi, stawał się jeszcze lepszym sportowcem. Prowokował ich do ucieczek w trakcie wyścigu i czarował zmianami taktyki, a to sprawiało, że i oni mogli wejść na wyższy poziom sportowy. Miał cechy prawdziwego mistrza, dzięki któremu świat chodu sportowego rozwijał się dynamicznie na wielu płaszczyznach. W 2003 roku, rok przed swoimi ostatnimi Igrzyskami, postanowił pobić rekord świata na 50 kilometrów w Paryżu. Podczas tych zawodów miał już zaplanowaną mistrzowską strategię z różnymi opcjami rozwoju sytuacji i nawet mordercza pogoń Rosjanina, który zbliżał się pod koniec zawodów w niesamowicie szybkim tempie, nie zdekoncentrowała go choć na chwilę. Chłodno ocenił zaistniałą sytuację, wybierając najlepszą – na tę chwilę – wcześniej przemyślaną taktykę i ruszył do przodu finiszując 50 kilometrów w tempie finiszu z 20 kilometrów. To dało mu zwycięstwo, rekord świata, a także ważne słowa rywala o tym, że spotkał go wielki zaszczyt rywalizowania z takim mistrzem taktyki, jak Korzeniowski. Po rekordzie świata w Paryżu miał już zarysowany obraz Igrzysk Olimpijskich w Atenach wieńczących jego karierę w 2004 roku. Niewielu jest sportowców, którzy w tak precyzyjny czasowo sposób planują swoją karierę, oraz jej zakończenie. Jak śpiewał kiedyś polski zespół rockowy Perfekt: „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść – niepokonanym” – Korzeniowski wiedział i zaplanował to dokładnie. Zdobywając swój 4 złoty medal olimpijski w Atenach, na zawsze wpisał się w historię polskiego i światowego sportu, jako niepokonany mistrz i wzór dla przyszłych pokoleń sportowców.

Pytany po tysiąckroć o przepis na swój sukces podczas licznych spotkań z kibicami odpowiadał, że co by nie robił i w jaki projekt by nie był zaangażowany, zawsze szuka w sobie bohatera, który ma dany cel zrealizować. Niezależnie od tego, czy jest to sport, życie prywatne, czy biznes. Znajduje w sobie bohatera, który opiera się na fundamentalnych wartościach budowanych w ważnych momentach życia z ważnymi dla siebie ludźmi, przypomina sobie najważniejsze rozdziały z historii życia, które mogą go w danej chwili zmotywować, szuka wzorców, na których może oprzeć swoje planowanie, otacza się ludźmi, którzy są zwierciadłem dla jego zachowań i wyborów i jest zawsze gotowy do podjęcia decyzji o zmianie.

Dziś, gdy Robert Korzeniowski zarządza zespołami sprzedażowymi w dużej korporacji LuX Med, cały czas powtarza swoim współpracownikom i fanom: „nigdy nie jest tak, że kształtujemy siebie po linii rosnącej –  zawsze jest korekta naszego działania, trzeba umieć ją analizować i uprzedzać fakty. Na korektę naszych działań trzeba być zawsze przygotowanym, wiedzieć, że kiedyś to może nastąpić,  trzeba uczyć się na błędach, ale też na sukcesach  i mieć kogoś, kto nam pomoże ten sukces udźwignąć.” 

Pozdrawiam,
Ola Pogorzelska.