Aleksandra Pogorzelska

Gdy masz strategię na ekstremalny wyścig sportowy.

Czyli o tym, jak rozłożyć 100 kilometrów rajdu ekstremalnego HARPAGAN,  by mieć do końca siłę i motywację.

O  jesiennym rowerowym rajdzie na orientację, Harpaganie 2016, myśleliśmy z mężem już wiosną. Mieliśmy już wcześniejsze doświadczenia z tymi zawodami sprzed kilku lat. Wiedzieliśmy więc dokładnie, z czym to się wiąże. Pierwsze przygotowania zaczęły się w głowie. Podjęliśmy decyzję o dystansie 100 kilometrów – odpowiadając racjonalnie na stan mojej formy sportowej i nasze możliwości czasowe, jeśli chodzi o treningi. Z moich podcastów i wpisów wiesz, że czas, w moim przypadku, musi być z góry zaplanowany.  Jeśli trochę podróżujesz  i masz dużo ciekawych zadań – treningi trzeba planować dokładnie. Miałam też doświadczenia z licznych triathlonów oraz maratonów, więc moje wyobrażenie, jak trzeba będzie się przygotować, było dość jasne.

Najważniejszy był jednak plan treningów oraz wplecenie go w kalendarz zawodowo – rodzinny. Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że mamy z Wojtkiem  pracę w wolnych zawodach, gdzie czas planujemy sami. Treningi rowerowe dołączyły więc do naszego planu i jeździliśmy całą wiosnę, lato oraz kawałek jesieni, regularnie zwiększając dystanse. Zawsze uważałam, że trenowanie w grupie, a w naszym przypadku we dwójkę, jest motywujące. Wiele razy zdarzało nam się wzajemnie dopingować do wyjścia na trening w zimne i deszczowe dni. Z początku byłam lekko zdemotywowana, że jeżdżę znacznie wolniej niż mąż, ale później, kiedy nasze wyprawy rowerowe stały się okazją do długich rozmów i różnych przygód, bardzo cieszył mnie każdy wyjazd. Zasada treningowa w kalendarzu rodzinnym była bardzo prosta – zrobić trening 3-4 razy w tygodniu, zanim ze szkoły wrócą dzieci.

Prawie zawsze nam się to udawało z małymi wyjątkami, kiedy kradliśmy trochę czasu podczas rodzinnych weekendów. Wiedzieliśmy, że, zgodnie z zasadami panującymi na Harpaganie, limit czasu na przejechanie 100 kilometrów i znalezienie wyznaczonych na mapie przez organizatora miejsc, gdzie znajdują się punkty kontrolne, na których odbijamy chip, to 9 godzin. Mając na uwadze ten czas – planowaliśmy w treningu wyjazdy do maksymalnie 3 godzin ciągłej jazdy. W trakcie treningów snuliśmy plany, co musimy przygotować: jaki sprzęt, ubrania, jedzenie, picie, a przede wszystkim zasady, według jakiej strategii będziemy jechali. Strach związany z wyścigiem mijał mi wraz z przejechanymi kilometrami na treningach. Skrupulatnie, jak w przypadku trenowania do triathlonu, prowadziłam dzienniczek treningowy, by zapisywać przejechane dystanse. Przeglądanie go raz w tygodniu dodawało mi motywacji i chęci do dalszego trenowania.

Cały czas dbaliśmy o formę, ale też o zdrowie: sen min. 8 godzin, odnowa, jedzenie, lekka domowa fizjoterapia oraz ćwiczenia wspomagające. Oczywiście o niezawodnej witaminie C oraz wzmacniających ziołach też należy wspomnieć. Wojtek, jak to przystało na mężczyznę, którego ciekawi sprzęt, wyszykował nam rowery, co też wpłynęło na moją motywację do startu. Już na kilka tygodni przed wyścigiem mieliśmy zaplanowane posiłki podczas jazdy. Naszym głównym (sprawdzonym wcześniej na treningach) pożywieniem miały być sławne kulki mocy, które przyrządza naszemu piłkarzowi Robertowi Lewandowskiemu jego żona Anna Lewandowska. Powiem Wam, że jeśli chodzi o jedzenie, to trafiliśmy w dziesiątkę. Podczas prawie całego wyścigu ani razu nie byliśmy głodni, ani nie spadała nam moc do jazdy. Oczywiście było to już nasze doświadczenie z IRONMANA mówiące o tym, że cały czas trzeba jeść i pić, bo jak poczujesz głód, to będzie już za późno.

Kiedy to piszę, uśmiecham się do siebie, bo wiem, że nasze przygotowania, to była cała ułożona strategia – tak jak na co dzień robię to z klientami w biznesie i jak robię to przez ostatnich 21 lat w triathlonie. Wiem też, że dobre przygotowanie zarówno fizyczne jak i psychiczne, dało nam podczas wyścigu dużo radości z jazdy, sił na zwiedzanie ciekawych miejsc (choć podziwianie ich było w trakcie jazdy i bez postoju) oraz dzielenia się przeżyciami w trakcie. Wyjazd zaplanowaliśmy dzień wcześniej, tak, aby być już na miejscu i mieć czas na spokojne przygotowanie się do startu.

Przypomniało mi się, że ostatnią noc przed zawodami zawsze śpię słabiej, więc wyspałam się na dwie noce przed 🙂  Poranek przywitał nas temperaturą 4 stopni Celsjusza i dużym wiatrem. Przyznam, że psychika płatała mi wówczas figle i zastanawiałam się, jak to będzie przy takim zimnie i wietrze. Byliśmy już na miejscu i nie pozostało mi nic innego, jak ciepło się ubrać i wyczekiwać startu. Mieliśmy z Wojtkiem małe spięcia, jeśli chodzi o ubranie się na wyścig – bo każdy z nas miał inne zdanie. W drodze mieliśmy szansę zweryfikować nasze decyzje. Mimo różnic w grubości i ilości ubioru, okazało się, że trafnie oceniliśmy swoje potrzeby.

Rajd Harpagan rozpoczyna się zazwyczaj na ogrodzonym boisku, gdzie wjeżdżając pobiera się mapę terenu, na której zaznaczone było 12 punktów, które trzeba było odnaleźć za pomocą kompasu (tak, tak, telefony i GPS zabronione). Zawodnicy sami sobie obierali strategię jazdy wiedząc, że limit czasu to 9 godzin, a za każdą spóźnioną minutę dostaje się jeden punkt karny. Po otrzymaniu mapy najważniejsze było ustalić dokąd jedziemy w pierwszej kolejności.

Zazwyczaj zawodnicy wybierają drogę w ten sposób, aby najpierw jechać pod wiatr (a wtedy wiało mocno), by na koniec, kiedy mają mniej siły i energii, pojechać z wiatrem. Dokładnie obejrzeliśmy mapę – wiedząc, że zawsze warto poświęcić dużo czasu na planowanie działań, by potem już nie tracić czasu na zatrzymywanie się. Z boiska startowego wyjechaliśmy jako jedni z ostatnich, ale wiedzieliśmy dokładnie, jakie punkty zbieramy po kolei (te najbardziej oddalone miały najwyższą wagę punktową, razem trzeba było zebrać 42 punkty wagowe na 12 punktach umieszczonych na mapie rajdu).

Wojtek od razu odmierzył kompasem, jak daleko są najbardziej oddalone punkty, tak, abyśmy wiedzieli na czym stoimy, a dokładniej dokąd jedziemy. Najtrudniejsze było dla nas wyjechanie z miasta i ustawienie się na pierwszym wybranym punkcie. Na to poświęciliśmy najwięcej uwagi, pamiętając, że dobry wybór początku trasy, będzie miał wpływ na cały wyścig. Przy postojach i wyborze drogi koncentrowaliśmy się maksymalnie, a pomiędzy punktami po prostu jechaliśmy tak szybko, jak mogliśmy.

Nie będę Wam mówiła zachęcając do rajdu, że każdy może go przejechać, najważniejsze to znać się na mapie i umieć nawigować kompasem. Ja miałam dużo szczęścia, bo mój mąż nawiguje perfekcyjnie – gdyby jechał sam, to pewnie byłby z przodu grupy, ale chciał pojechać ze mną 🙂 Razem było nam naprawdę wesoło. Na kolejny rajd podciągnę się w szybkości jazdy 🙂 Podczas jazdy, Wojtek odpowiadał za nawigację, a ja za zabawianie rozmową w trakcie długich odcinków. Przyjęliśmy też zasadę, która nas motywowała, czyli dzielenia rajdu na odcinki: od punktu do punktu bez patrzenia na całość od razu, bo można było się zdemotywować, że przed nami jeszcze np. 60 km lub 6 godzin do limitu. Wojtek wydawał więc komendy motywacyjne: „do kolejnego punktu 6 km jazdy asfaltem, 3 kilometry jazdy w lesie, potem punkt będzie na rozstaju dróg”. To pomagało mi w utrzymaniu motywacji do jazdy.

Nasza jazda wyglądała według schematu: dokładna koncentracja na mapie, ustalenie optymalnej trasy, podzielenie jej na odcinki, by się motywować, przyjazd na punkt i odbicie chipa, jedzenie i picie, ponowna koncentracja na kolejnym punkcie i jazda, w czasie jazdy (jak była siła) – rozmowy o wyścigu i motywujące wspomnienia.

Przy tak długim rajdzie, musisz umieć rozłożyć sobie czas na zaliczanie kolejnych punktów, proporcjonalnie do postępującego u Ciebie zmęczenia. Oznacza to, że na końcu warto mieć o wiele większy zapas czasu, niż w początkowej fazie wyścigu. Na punktach spotykaliśmy innych zawodników, często naszych znajomych. Wymienialiśmy krótkie informacje o trasie, jeśli jechali z odwrotnej strony, a to zawsze dodawało otuchy do dalszej jazdy. W połowie rajdu mieliśmy trochę czasu w zapasie, a w związku z tym, że fizycznie i psychicznie czuliśmy się dobrze, wszystko napawało optymizmem, że możemy zdążyć na wszystkie punkty. Bo już wtedy, ku wielkiej uciesze Wojtka, było jasne, że zdobywamy wszystkie punkty.

Chyba zaskoczyła go moja forma i brak marudzenia podczas jazdy 🙂 Były takie punkty, które sprawiły nam trudność w odnalezieniu ich. Zawsze wtedy wracaliśmy do strategii maksymalnej koncentracji i dokładnego przeliczenia kilometrów, by nie musieć bezsensu jeździć. Pamiętam punkt nr 8, gdzie Wojtek po chwili błądzenia powiedział: „jak nie będzie go tam głęboko w lesie za 800 metrów, to ja się chyba nie znam na nawigacji”. I punkt był schowany głęboko w krzakach. Odetchnęliśmy z ulgą, że jednak się zna. W końcu znalazł tego dnia bezbłędnie już 7 punktów 🙂 Cały czas trzymaliśmy się strategii: jedz i pij. Ta strategia do końca wyścigu była bardzo dobra, tak samo, jak dobry był wybór ubrań i dobrze ustawiony sprzęt kolarski.

Koło 7 godziny jazdy zaczęło się u nas zmęczenie, ale humor cały czas dopisywał, więc odważnie jechaliśmy do przodu. Wydawało się, że mamy jeszcze spory zapas czasu, więc motywacja utrzymywała się na dobrym poziomie. Znalezienie przedostatniego punktu zajęło nam najwięcej czasu i przyniosło duże zmęczenie podczas jazdy – po piasku, przez las. Przez moment myśleliśmy, że tego punktu już nie znajdziemy, ale intuicja podpowiadała nam, że musi być w promieniu 500 metrów, no i był. Został nam więc do zaliczenia ostatni punkt i około godziny czasu. Wówczas nastąpiła rzecz często spotykana w sporcie, kiedy człowiek na zmęczeniu i ograniczonej już koncentracji podejmuje złą decyzję, co do kierunku. Niestety pojechaliśmy 4 kilometry w odwrotną stronę i kiedy to sobie uświadomiliśmy, wiedzieliśmy, że w tym momencie trzeba zawrócić i pędzić czym prędzej do mety, by nie zdobyć ujemnych punktów.

Moja motywacja nagle opadła, a zmęczenie robiło swoje spustoszenie w głowie. Mieliśmy nawet krótką wymianę słów w złości, ale za chwilę przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy teamem. Ten rajd to przygoda (choć nutka rywalizacji towarzyszyła nam przez cały czas i przy końcówce, kiedy było już całkiem prawdopodobne, że zdobędziemy wszystkie punkty, znacznie wzrosła). Ruszyliśmy w stronę mety. Jak się okazało, ostatni odcinek drogi był pod wiatr, a siły w nogach było już u mnie niewiele. Świadomość, że stracimy tak dzielnie zbierane punkty (mieliśmy 41 z 42 możliwych do zdobycia), napędzała rowery.

Ostatnie kilometry były dla mnie bardzo ciężkie. Tempo jazdy było już ponad moje siły – pomimo, że Wojtek cały czas popychał mnie za plecy. Łzy wysiłku mieszały się z powtarzaną w głowie mantrą: dam radę do końca. Na mecie byliśmy spóźnieni o 9 minut, ale szczęśliwi jak nigdy wcześniej podczas zawodów. Zdobycie kompletu punktów było przecież tak blisko. Przekonaliśmy się, że zmęczenie wpływa na koncentrację, a wizja wygranej przed końcem, często zaburza wykonanie zadania oraz czujność.

Na mecie leciały mi łzy a Wojtek powiadomił mnie, że przejechaliśmy w sumie 117 kilometrów. Ale byłam z nas dumna. Po raz kolejny skończyliśmy duże zawody, mieliśmy z tego ogromną satysfakcję i dużo nowego doświadczenia oraz przemyśleń. Kiedy już przebrani i najedzeni jechaliśmy w aucie, Wojtek zapytał: to co, na wiosnę jedziemy znowu? I jest już nowy plan 🙂 choć deszcz od tygodni nie przestaje padać a na dworze zimno, my po ułożeniu startów w nadchodzącym sezonie (triathlonów, aquathlonów i Harpagana,) mamy już swoją motywację do trenowania i regularnego ruszania się. Jedynym skutkiem finansowym dla naszej rodziny jest fakt, że każde z nas zapragnęło nowego sprzętu kolarskiego. Cóż, trzeba się wziąć do pracy z naszymi ludźmi biznesu, by realizować kolejne cele w kolejnym roku. Do zobaczenia na trasach zawodów w kolejnym sezonie.

Pozdrawiam,
Ola Pogorzelska.