Aleksandra Pogorzelska

O tym jak zimna woda o 6:00 rano hartuje ducha.

Podczas ostatniej sesji coachingowej z klientami rozmawialiśmy o trenowaniu oraz naszych możliwościach poświęcania na niego czasu. Staraliśmy się rozwiązać dylemat, czy lepiej pływać rano, czy wieczorem.  Ta rozmowa zabrała mnie na chwilę w świat wspomnień o moim trenowaniu sprzed 21 lat, kiedy to zaczynałam swoją przygodę z triathlonem. Tak jak pamiętasz pewnie z poprzedniego wpisu, moje trenowanie zaczęło się od marzenia o ukończeniu zawodów IRONMAN (3800 metrów pływania, 180 kilometrów na rowerze i 42 kilometry biegu) na Hawajach.

Wspomnieniami przeniosłam się do zimnego poranka w środku zimy, kiedy to zadzwonił budzik i ledwo otworzyłam oczy ustalając, że jest godzina 5:10 i mamy z siostrą około 15 minut do wyjścia z domu, by na piechotę zdążyć na basen i wskoczyć do zimnej wody najpóźniej punkt 6:00. O godzinie 6:01 Twoje szanse na rozpoczęcie treningu były równe zeru. Trening już ruszył, wszyscy (a czasami było 8 osób na jednym torze) zaczęli pływać, a Twoje spóźnienie zaburzyłoby im rytm. Więc albo jesteś o 6:00 rano w wodzie i szanujesz swoją grupę, jej punktualność, albo nie pływasz. Bardzo szybko nauczyłam się dwóch zasad panujących w tym zespole: punktualność i wspólne cele grupowe realizowane poprzez trening. Co u Ciebie powoduje, że wstajesz, wychodzisz na trening i jesteś zadowolony? Ja chodziłam na treningi z siostrą, żeby się obudzić po drodze omawiałyśmy przeróżne tematy. Na basenie czekała na nas grupa nie tylko treningowa, ale przyjaciół i dobrych znajomych, z którymi na tamtym etapie życia chciałyśmy spędzać czas. Później już w dorosłym życiu zawsze organizowałam się z innymi ludźmi  wokół wspólnych pasji – to był i jest jeden z moich sposobów na podnoszenie zaangażowania w realizowane marzenia i cele.

Szłam na trening, bo w perspektywie czasowej wyobrażałam sobie zawody triathlonowe, pokonywanie własnych słabości, ustanawianie kolejnych „życiówek” (czasu zrobionego triathlonu), lubiłam spotkania ze znajomymi, rozmowy o sporcie oraz małe i duże sukcesy. Dopiero po pierwszym sezonie triathlonowym zrozumiałam, co to znaczy „połknąć bakcyla” – kiedy podsumowujesz sezon, z łezką w oku wspominasz starty w sezonie, walkę w wodzie, ściganie na rowerze, a przede wszystkim atmosferę samych zawodów – gdzie spotykają się pasjonaci. Gdy raz wystartujesz w triathlonie i poczujesz atmosferę towarzyszącą takiej imprezie sportowej – setki ludzi spotyka się, aby zmierzyć się z samym sobą, z innymi, aby wymienić się opowieściami o treningu, sprzęcie, by po prostu porozmawiać o swoich pasjach z podobnymi do siebie ludźmi – już zawsze będziesz chciał tam wracać. Triathlon pokochałam od pierwszego wejrzenia, stał się moim sposobem na życie, moją pasją, miejscem gdzie znalazłam przyjaciół i męża, a przede wszystkim dziedziną poprzez realizowanie której dowiedziałam się o swoich możliwościach i ograniczeniach.

Trenowanie triathlonu nauczyło mnie wielu umiejętności oraz wykształciło we mnie przekonanie, że można osiągnąć dużo, jeśli o czymś mocno marzysz i z pomocą ciężkiej pracy zmieniasz marzenia w realizowane cele. Dzisiaj, kiedy podejmuję się kolejnych wyzwań biznesowych wiem, że zwycięzcami są najczęściej Ci, którzy nie boją się podjąć ciężkiej pracy (treningu), rozłożyć jej na kolejne etapy (miesiące, sezony) i skrupulatnie realizować swój plan (jednostki treningowe), tym samym czekając na odroczoną w czasie gratyfikację (zawody, zajmowane miejsca). Moje wspomnienie o treningu o 6:00 rano uzmysławia mi, iż w ciągu 10 intensywnych lat trenowania (okres liceum i studiów) takich treningów o 6:00 było przecież setki. Przypomina mi również słowa Mistrza Olimpijskiego Roberta Korzeniowskiego – „Każda sekunda jest na medal, każdy dzień zbliża mnie do najważniejszego celu”. A czy Ty potrafisz rozłożyć w czasie swoje dążenie do celu? Nawet, jeśli miałoby to trwać 2200 dni (mój czas od pierwszego treningu do startu w pierwszym IRONMANIE)? W tym wypadku odroczona gratyfikacja była jednym z najważniejszych punktów mojej strategii dążenia do celu, oprócz wizji, wyznaczonego celu i ciężkiej codziennej pracy.

Dzisiaj, kiedy realizuję projekty z klientem lub po prostu staram się sprzedać projekt doskonale rozumiem, że wszystko musi mieć swój czas i że muszą zrealizować się kolejne kroki w drodze do sukcesu. Zobacz ile masz w swoim życiu rzeczy, które od lat konsekwentnie powtarzasz i wydają się Tobie takie zwyczajne? Okazuje się, że to jest właśnie sekret mistrzów – powtarzalność i dążenie do doskonałości poprzez codzienny trening podobnych elementów. Dlaczego mi się nigdy nie nudzi trening? Dlaczego nie nudzi się Mistrzom Sportu? Ja zawsze wokół treningu realizowałam dużo własnych celów i potrzeb. Z jednej strony była to radość z ruchu, obcowanie z przyrodą (zawsze jest nowa trasa rowerowa, którą możesz pojechać, możliwość spędzenia czasu na treningu z innymi ludźmi, motywacja związana z zawodami – przygotować się jak najlepiej do sezonu, a czasami po prostu sposób na odreagowanie). Nigdy trening dla mnie nie miał w sobie jednego celu, zawsze było ich kilka. Dzisiaj na przykład, kiedy trenuję tylko 5 razy w tygodniu nie myślę o ściganiu, tak jak kiedyś, ale mam wciąż ogromną radość z miejsc, do których pojadę rowerem, czy z samej radości wynikającej z ruchu. W mojej głowie sport zawsze był, zmieniał tylko formę aktualnej motywacji do trenowania.

Przyznam Ci, że dzisiaj też mam radochę – już za dwa miesiące wystartuję i zmierzę się ze swoimi obecnymi słabościami oraz spotkam najbliższych znajomych, z którymi spędzę radosne chwile podczas zawodów. Tak już jest od 21 lat – i zawsze nawet w ciężkich chwilach szukam w sobie motywacji do treningu w sezonie przygotowawczym, a potem startu w lecie. W związku z tym, że wykształciłam w sobie wiele sposobów na motywowanie się (w możliwościach, które dał mi sport) nie stanowi to dla mnie problemu. Chciałam opowiedzieć Ci o motywacji, z której może nie jestem dumna (jako była medalistka mistrzostw Polski), ale zawsze bawi mnie jej opowiadanie.

Kiedy urodziłam dzieci i je trochę odchowałam, moja forma fizyczna była mówiąc krótko – niewesoła. Próbowałam znaleźć motywację do startu w sezonie po kilku latach przerwy – wiedziałam, że jako IRONWOMAN muszę uderzyć z wysokiego C. Padło, więc na zawody Half IRONMAN (1900m pływania 90 kilometrów roweru i 21 kilometrów biegu) w Suszu. Trochę – jak dziś myślę za ambitnie – ale wówczas myślałam inaczej. Im bliżej zawodów (przygotowywałam się około 7 miesięcy w tempie ślimaka) tym  bardziej wiedziałam, że to nie był najlepszy pomysł, ale podjęłam decyzję i nie chciałam się już z niej wycofywać. Zwłaszcza, że wszyscy dookoła mnie zastanawiali się jak ja to zrobię. Zdawałam sobie sprawę, że ciężko będzie zbliżyć się do czasu, kiedy zostałam Mistrzynią Polski w Połówce IRONMANA w 1998 roku i że raczej, jak to mówią w żargonie sportowym: „Będę zbierała puszki na końcówce stawki”. Poszukałam, więc listy zawodów z poprzedniego roku i analizowałam ile muszę zrobić żeby nie być ostatnia. Wówczas wypatrzyłam na liście startujących nazwisko znanego aktora Pana Tomasza Karolaka – cóż pomyślałam – Pana Karolaka to na pewno muszę wyprzedzić (rok wcześniej był jednym z ostatnich zawodników którzy przybyli na metę).  I tak powstała moja najgorsza w życiu motywacja „tylko wygrać z Karolakiem”.

Ciekawa jestem ile innych osób miało taki cel. Może cel nie sportowy, a z punktu widzenia mojego zawodu psychologa pracującego w sporcie całkowicie nie SMART, ale skuteczny. Wygrałam z Panem Karolakiem, mój czas to przeszło 7 godzin, „zbierałam puszki na końcu stawki”, ale zyskałam najważniejszą dla mnie wtedy rzecz – motywację, by wrócić do sportu, by znów trenować (tym razem bardziej rozważnie) – pomyślałam sobie – jeszcze mogę! A Ty, co jeszcze możesz, aby mieć uśmiech na ustach? Miłego myślenia o celach Wam życzę, miłego trenowania lub oddawania się pasji – ja już po treningu na rolkach, całe Trójmiasto zwiedzone.